Siedmiu niedocenionych

Robert Dłucik

Świat rocka bywa niesprawiedliwy. Duży potencjał, mocne składy, ciekawa muzyka, a sukcesu brak… Można przytoczyć wiele takich przykładów z historii. Na Węgrzech również działało „za komuny” parę składów, które osiągnęły dużo mniej niż na to zasługiwały lub okazały się meteorami na tamtejszej scenie muzycznej. Zapraszam na subiektywną „siódemkę niedocenionych”. 

 

Syrius

Ich debiutancki album ukazał się w 1971 roku w … Australii. Dopiero w następnym roku „Devil’s Masquerade” (pod węgierskim tytułem) trafił do  rodzimych odbiorców nakładem Pepity. Krążek z Antypodów to dzisiaj prawdziwy „biały kruk”, zresztą węgierski winyl również jest łakomym (i rzadkim) kąskiem dla kolekcjonerów. To jedna z najciekawszych płyt z lat siedemdziesiątych, nie tylko nad Dunajem. Progrockowe granie, podlane awangardowym sosem. Co ciekawe: u progu lat sześćdziesiątych Syrius zaczynał karierę od muzyki tanecznej. Niezła metamorfoza!

Dzięki „Devi’s Masquerade” powinni regularnie grać duże trasy koncertowe, tymczasem następny materiał – „Szettort Almok” – ukazał się po pięciu długich latach oczekiwania. Nagrany w zmienionym składzie (ruch w kadrach zawsze mieli spory), zupełnie inny pod względem muzycznym (dały o sobie znać funkowe i jazzowe fascynacje), ale wciąż trzymający poziom.

Już po zmianie systemu politycznego na Węgrzech, światło dzienne ujrzał kompakt „Most, Mult, Lesz”, zbierający archiwalne perełki z działalności zespołu. Są tutaj pamiątki z australijskiej trasy Syriusa i nagrana w Budapeszcie suita „Szettort Almok” (poza tytułem nie mająca jednak nic wspólnego z późniejszym longplayem). Dyskografię grupy uzupełniają koncertowe wydawnictwa. 

Syrius – wielki, ale nie w pełni wykorzystany potencjał na wielką karierę. Szkoda…

 

Neoton

Jak to? Przecież oni karierę zrobili. I to dużą. Owszem, ale nie w rockowym wcieleniu. Świetny debiut „Bolond Varos” przeszedł na Węgrzech niemal bez echa, co trudno zrozumieć… Muzycy – a była to naprawdę mocna paka – zyskali później sławę w innych formacjach (Ferenc Debreceni w Omedze, Lajos Som w Piramis), natomiast pozostała dwójka postawiła na pop i disco, zdobywając rzesze nowych fanów, nie tylko w ojczyźnie. 

 

Color

Zespół, który ewidentnie nie trafił ze swoją muzyką we właściwy czas. Pod koniec lat siedemdziesiątych ambitne progrockowe dzieła znajdowały się w odwrocie. Gdyby debiutancka płyta ukazała się z 3-4 lata wcześniej, lub… później, gdy dzięki Marillion takie granie wróciło do łask, być może losy zespołu braci Bokor byłyby inne. 

Efektowny debiut (z malarską paletą na okładce) przyniósł porcję znakomitego progrockowego grania. Furory wśród nabywców nie zdobył, więc kilka lat później muzycy postanowili zmienić styl. Zaproponowali krótsze, bardziej przebojowe utwory. Zmiany zwiastował już tytuł – „Uj Szinek”, czyli nowe kolory. Ale w tych nowych barwach też nie udało się podbić Węgier i trzeciej płyty Color już nie było… Kilka utworów przygotowywanych z myślą o niej ukazało się po latach jako bonusy w kompaktowej reedycji „Uj Szinek”. 

 

Sprint

Zespół jednej płyty (i dwóch singli). Jednej, ale za to przedziwnej. Napisać, że jest ona eklektyczna, to… nic nie napisać. Blues, pop, funk, jazz, nawet progrockowe klimaty. Sprint śmiało można określić mianem węgierskiej supergrupy. W sesji wzięli udział między innymi: ceniony gitarzysta Istvan „Judy” Farago, wokalista Laszlo Komar i bracia Bergendy. Ten skład okazał się meteorem, a szkoda…

 

Gemini

Przykład dość osobliwej kariery… Chętnie zatrudniani przez gwiazdy węgierskiej sceny jako zespół towarzyszący (współpracowali chociażby z Kati Kovacs i Palem Szecsim), ale dyskografia pod własną nazwą skończyła się na jednym pełnowymiarowym albumie, zatytułowanym po prostu „Gemini”. Materiał ukazał się w 1976 roku. Sympatyczne granie, często z piosenkowymi ciągotami, ale rockowy pazur też potrafili pokazać. Po dwóch dekadach światło dzienne ujrzał kompakt z koncertowymi archiwaliami, wydobytymi z czeluści węgierskiego radia. Cóż, lepiej późno…

 

Non – Stop

W porównaniu z nimi, wcześniej wymienione kapele można nazwać szczęściarzami – doczekały się chociaż wydania jednego albumu. Non-Stop w latach siedemdziesiątych wydał tylko kilka singli (niektóre dzielił z innymi artystami). Kolejna mocna paka: w składzie późniejsi muzycy Piramis (Janos Zavodi i Miklos Kovesz) oraz Tamas Somlo (znany przede wszystkim z wieloletniej działalności w Locomotiv GT). Dopiero w 1999 roku zespół doczekał się wydawnictwa podsumowującego ich karierę – Üvegcserepek – Antológia (1969-1972). Tych 16 utworów pokazuje ogromny potencjał drzemiący w grupie. Tym bardziej szkoda, że nie doczekali się wcześniej większego uznania ze strony wytwórni fonograficznych…

 

V73

Casus podobny trochę do Neotonu oraz Non-Stop. W latach siedemdziesiątych nie doczekali się pełnowymiarowej płyty, mimo że potencjał mieli ogromny i zrealizowali parę świetnych utworów w klimatach Emerson Lake & Palmer (tak jak słynni koledzy po fachu z Anglii obywali się bez gitarzysty w składzie) czy Ekseption. 

Dwie trzecie składu (klawiszowiec Istvan Lerch i perkusista Sandor Herpai) z nawiązką nadrobiło braki w dyskografii pod szyldem V’Moto Rock. To była już inna muzyka, zdecydowanie bardziej komercyjna (zwłaszcza w późniejszym okresie kariery) i zyskała spore grono wielbicieli na Węgrzech. 

Később folytatjuk… 😉

*

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu Katedry Hungarystyki Uniwersytetu Warszawskiego Magyazyn.pl.

Publikacja na portalu PolakWegier.pl za zgodą autora.

Zdjęcie główne: Fortepan / Sallai János

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Picture of Olga Groszek

Olga Groszek