“Każdy utwór był dla mnie jak hymn narodowy” – zespół Hollywood Rose

Rozmawiał: Robert Dłucik

 

Hollywood Rose – zespół, który działa dwutorowo. Tworzy własny materiał, ale na świecie zyskał rozpoznawalność jako znakomity „tribute band” Guns’n’Roses. Zagrał ponad 1200 koncertów w 18 krajach. Jak zaczęła się ich przygoda z muzyką Gunsów? Czy na trasach koncertowych imprezują równie mocno jak ich idole z USA? Jaki węgierski utwór musieli kiedyś zagrać na koncercie w Polsce? Między innymi o tym opowiada Zoltán „Zaba” Sznák – współzałożyciel i perkusista grupy. 

Przede wszystkim – jak sobie radzicie w czasach pandemii?

Jest ciężko… Sytuacja na Węgrzech wygląda dokładnie tak samo, jak w innych krajach europejskich. Nikt nie był na nią przygotowany. Siedzimy w domach z naszymi rodzinami. Śledzimy serwisy informacyjne i mamy nadzieję, że wkrótce powróci normalność…

Pierwszy kontakt z muzyką Guns’n’roses to…

Pamiętam ten moment bardzo dobrze. Miałem 11 lat, gdy jeden ze szkolnych kolegów pożyczył mi „Appetite For Destruction”. Płyta zachwyciła mnie, gdy tylko wybrzmiał wstęp do utworu „Welcome To The Jungle”.  Wiedziałem, że coś się we mnie zmieniło. Kawałki miały w sobie taki ładunek energii, że czuję go jeszcze teraz.. Każdy utwór z tego albumu jest dla mnie jak hymn narodowy.  Potem trafiłem w MTV na ich klipy do „Welcome To The Jungle”, „Sweet Child O’ Mine” i „Paradise City”. I to był kolejny szok. Ich styl ubierania się, wygląd były bardzo dziwne. Czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziałem. Wtedy zaczęła się moja fascynacja ich muzyką i trwa do dzisiaj. W 2017 roku po raz pierwszy widziałem moich idoli na żywo w Singapurze. Niesamowite przeżycie… Axl, Slash i Duff na zawsze pozostaną moimi muzycznymi bohaterami. 

Wróćmy do początków Hollywood Rose: decyzja o założeniu kapeli, pierwsze próby i koncerty. Jak zapamiętałeś tamte czasy?

Wtedy nie mieliśmy pojęcia, co tak naprawdę oznacza termin „tribute band”. Zaczęliśmy grać kawałki Gunsów ponieważ je uwielbialiśmy i byliśmy wielkimi fanami kapeli. Zresztą wtedy nie działało jeszcze tak wiele grup coverujących utwory sławnych wykonawców. Pierwsza próba wypadła dosyć chaotycznie. Mój przyjaciel – gitarzysta Zoli Kanyo i ja założyliśmy ten zespół i szukaliśmy muzyków. Do składu dołączyli: basista Luki i gitarzysta prowadzący Sunny. Są z nami do dzisiaj. Pierwszy koncert zagraliśmy w małym klubie w Budapeszcie. To był październik 2003 roku. Graliśmy w tym miejscu co środę. Setlista tego pierwszego występu zawierała wszystkie najpopularniejsze kawałki Gunsów, z wyjątkiem „November Rain”. Powód jego pominięcia był prozaiczny – nie mieliśmy wówczas w składzie klawiszowca.

Z czasem coraz więcej ludzi przychodziło na nasze koncerty, zaczęliśmy występować w coraz większych klubach. Wtedy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że jesteśmy „tribute bandem”. W 2004 roku po raz pierwszy zagraliśmy poza granicami Węgier – był to występ dla austriackiej publiczności. Od tego czasu odwiedziliśmy z koncertami 18 krajów i … mamy nadzieję na wizyty w kolejnych, jeszcze w tym roku.

Które kompozycje Gunsów są dla Was najbardziej wymagające na żywo?

Tak naprawdę – wszystkie. Zawsze odkrywa coś nowego, tak samo pozostali muzycy zespołu. „Appetite For Destruction” to bardzo trudny materiał. „Use of Illusion” – podobnie. I ten niesamowity feeling… Jeśli ktoś mówi, że kawałki Guns’n’roses są łatwe do zagrania po prostu kłamie.

Koncerty Amerykanów to ponad trzygodzinna dawka muzyki. Który koncert Hollywood Rose był najdłuższy?

Rzeczywiście, koncerty Gunsów są bardzo długie Szczerze mówiąc: trudno mi wytrzymać taki maraton jako widza i słuchacza. Nasz najdłuższy występ trwał trzy godziny. To było w Holandii, w 2017 roku. Na szczęście uprzedzono nas wcześniej o tym i byliśmy przygotowani na to wyzwanie.

Trasy koncertowe Gunsów słynęły również z barwnej otoczki. Wasze koncerty też zamieniają się w rock’n’rollowe imprezy?

Pytanie tylko, na ile te zakulisowe historie są prawdziwe… Myślę, że w latach dziewięćdziesiątych rockowa kapela nie mogła wręcz istnieć bez skandali. Ale sytuacja wygląda inaczej w 2020 roku. Osobiście wolę atmosferę dekady lat dziewięćdziesiątych. Nie powiedziałbym, że uniknęliśmy jakichś skandalizujących sytuacji, ale stosujemy zasadę: „Co się zdarzyło w Vegas – zostaje w Vegas”. Oczywiście jesteśmy innymi ludźmi niż byliśmy w 2003 roku, ale wciąż uwielbiamy wyruszać w trasy koncertowe, bo to po prostu nasze życie…

Gracie również specjalne, akustyczne koncerty z repertuarem Gunsów. To pewnie nie lada wyzwanie – przearanżować te wszystkie rockowe petardy, takie jak „Paradise City”.

Trochę się nad tym napracowaliśmy, ale same występy w tej konwencji zawierają także sporo jamów, oparty na partiach gitar i klawiszy. Mogliśmy się na nich pobawić w różnych muzycznych stylach – przełożyć te utwory na jazz, czy swing, dodać szczyptę bluesa… Bardzo interesujące doświadczenie. Lubię te koncerty. To zupełnie inny feeling niż regularne, głośne występy. 

Twoje trzy ulubione utwory Gunsów?

Nightrain, Estranged oraz Think About You.

Jesteście nie tylko „tribute bandem” – tworzycie również własny materiał. Jacy wykonawcy – oprócz wiadomego zespołu rzecz jasna – mają na Was największy wpływ?

Pracujemy obecnie nad czwartym albumem. Oczywiście Gunsi mają wpływ na to co powstaje, ale muzyczne spektrum jest bardzo szerokie: pop, funky, heavy metal. Słucham bardzo różnej muzyki. Duże wrażenie wywarł na mnie zespół Backyard Babies – parę lat temu niemal tak duże jak Gunsi. Lubię Michaela Jacksona, Sama Smitha, Lordi i wielu innych. 

Chcielibyście w przyszłości skupić się tylko na własnej twórczości?

Gramy wiele koncertów z własną muzyką. Ale ponieważ teksty piszemy po węgiersku – będziemy wykonywać te autorskie kompozycje wyłącznie na Węgrzech.

Mieliście okazję odwiedzić Polskę z koncertami. Fajnie byłoby zobaczyć Was tutaj znowu, gdy skończy się całe to zamieszanie…

Zaczęliśmy otwierać się na Polskę jakieś trzy lata temu. A mówiąc bardziej precyzyjnie: Polska otwarła się na nas. Polaków i Węgrów łączą szczególne więzi. Zawiązaliśmy tutaj wiele przyjaznych relacji w ciągu ostatnich trzech lat. Mamy wyłącznie ekscytujące wspomnienia z polskich tras. Uwielbiamy tutaj występować. Zakontraktowaliśmy koncerty w Polsce na lato, jesień i zimę. Na razie organizatorzy nie odwołali żadnego z nich. Mamy nadzieję, że wszystko wróci do normy i zagramy jeszcze tego lata w Polsce.

Węgierskie zespoły rockowe cieszyły się niegdyś w Polsce ogromną popularnością. Jak oceniasz obecną kondycję węgierskiej sceny rockowej?

Omega, Piramsi, LGT… Dorastałem słuchając węgierskiego rocka. Kiedyś na jednym z koncertów w Polsce musieliśmy zagrać jeden kawałek Omegi – „Gyöngyhajú lány”. Mam wiele ulubionych zespołów, niestety węgierskie media nie wspierają rockowej muzyki. Ale ogromna liczba Węgrów lubi taką muzykę i przychodzi na klubowe koncerty. 

*

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu Katedry Hungarystyki Uniwersytetu Warszawskiego Magyazyn.pl.

Publikacja na portalu PolakWegier.pl za zgodą autora.

Zdjęcie główne: Raph_PH – https://www.flickr.com/photos/raph_ph/34592058233/in/album-72157682954368531/, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=61518691

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Picture of Olga Groszek

Olga Groszek