Węgier z Węgrowa

Dorota Filipiak

 

To nietypowa podróż, w której łączą się ze sobą bardzo odległe miejsca. Częściowo zaś odbywa się w sposób wyobrażony, a nie realny i jest próbą pokazania, dokąd może zaprowadzić kilka luźnych faktów z życia człowieka z odległej już przeszłości. Większość pytań pozostanie bez odpowiedzi, bonie jest to zarys biografii, ale i tak warto ruszyć jego tropem i odwiedzić miejsca z nim związane.  

Wszystko zaczęło się w pewien piekielnie gorący czerwcowy dzień. Słońce paliło niemiłosiernie, na niebie ani jednej chmurki, powietrze nieruchome. W to niedzielne popołudnie ludzie woleli zostać w domach, dlatego po drodze do Węgrowa mijaliśmy niewielu spacerowiczów. Kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Warszawy dzień mijał spokojnie i leniwie. 

Zwiedziliśmy miasteczko, na sam koniec zostawiając wizytę na miejscowym cmentarzu katolickim.  Było pusto. Temperatura i kompletny brak cienia – drzewa zgodnie z obecną modą wycięto, a lastryko tylko odbija gorące promienie – nie zachęcały do odwiedzin na tutejszej nekropolii. Zresztą dla turystów na pierwszy rzut oka też nie ma tu nic interesującego. Poza dziewiętnastowieczną neogotycką kaplicą straszą głównie współczesne nagrobki – zasmucający przykład złego smaku, jakże odmienny od kamiennych nagrobków węgrowskiego cmentarza ewangelickiego. Niezrażona upałem, przywykłam bowiem do węgierskiego lata, udałam się na katolicki cmentarz z nadzieją, że coś może przykuje moją uwagę, że może jednak znajdę tu coś interesującego. I tak się stało! 

Ale zacznijmy od samego miasteczka, którego nazwa u hungarofila może wywołać szybsze bicie serca. Za każdym razem gdy zbliżam się do miejscowości i widzę jej nazwę na tablicach drogowych informujących, ile jeszcze kilometrów mnie od niej dzieli, natychmiast myślę o Węgrach, bo jakież inne skojarzenie z nazwą Węgrów mogłoby przyjść mi na myśl? Ale czy jest to skojarzenie słuszne?

Niestety! Profesor Elżbieta Kowalczyk-Heyman brutalnie rozprawia się z domniemanym węgierskim pochodzeniem nazwy miasta. Nie pozostawia żadnych złudzeń:


Od samego początku zainteresowań nazwą tej miejscowości pojawiły się istotne różnice w ustaleniu jej podstawy etymologicznej. K. Zierhoffer (1957, s. 375) uważał ją za niejasną, ponowioną od hydronimu. I. Bajerowa (1957, s. 296, 303, 307, 308), po stwierdzeniu, że nazwy nie można objaśnić, skłonna była przyjąć, że jest to forma przymiotnikowa na *-o- (nazwa dzierżawcza), utworzona od nazwy osobowej (zapewne etnicznej) Węgier, co jest jednak nieprawdopodobne.

Inną ciekawą informację o pochodzeniu nazwy Węgrowa znalazłam w Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego – niestety od Węgier oddaliło nas to jeszcze bardziej:

Węgrów, jak nazwa wskazuje, osada założona przez Wielkopolan czy Pomorzan, przy trakcie wiodącym z Gdańska w okolice nadbużne

Legenda o więźniach zamieszczona na jednym z portali turystycznych, choć malownicza, chyba niestety nie ma więc pokrycia w faktach:
Inna legenda mówi o osadzeniu w tym regionie jeńców węgierskich, od których nazwę utworzono.

A zatem co wspólnego ma Węgrów z Węgrami? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy wrócić na cmentarz. Pośród morza lastriko znajdują się trzy okazałe nagrobki. Zwracają uwagę z daleka, widać je nawet z przebiegającej obok cmentarza drogi krajowej numer 63. Białe, wysokie, wyrastające ponad sąsiednie groby. Piękny przykład dziewiętnastowiecznej rzeźby cmentarnej. Ale najbardziej interesujące są osoby, które pod tymi pomnikami spoczywają, a dokładnie jedna z nich. Pierwszy z lewej strony nagrobek skrywa doczesne szczątki niejakiego Franciszka Chorina. Nazwisko jeszcze nie alarmuje, jeszcze nie zapala się czerwona lampka, radar wyczulony na wszelkie węgierskie tropy. Jednak treść epitafium nie pozostawia wątpliwości – mamy naszego węgrowskiego Węgra!

Na nagrobku czytamy:
D.O.M.

Ś.P.  FRANCISZEK CHORIN

DOKTÓR MEDYC. I CHIRUR.

SZTAB LEKARZ BYŁYCH WOJSK POLSKICH

OZDOBIONY KRZYŻEM VIRT. MILIT. 

MĄŻ POWAŻANY POWSZECHNIE, URODZONY NA WĘGRZECH

UMARŁ D. 16 STYCZNIA 1880 R.

W WIEKU LAT 78 I TU POGRZEBIONY…

 

Urodzony na Węgrzech! Ta króciutka informacja o nieznanym mi dotąd węgrowskim lekarzu natychmiast wywołała wiele pytań. Gdzie dokładnie się urodził? Skąd wziął się w małym miasteczku na pograniczu Mazowsza i Podlasia? Za co odznaczony? Znalezienie odpowiedzi na te najbardziej podstawowe nie było trudne. Wystarczyło wpisać w wyszukiwarkę nazwisko, by znaleźć obszerniejszy biogram doktora Chorina (cytat – pisownia oryginalna!):

Dr Franciszek Chorin (Horain) urodził się około 1802 r. na Węgrzech, we wsi Buzad, koło Arad (Siedmiogród, obecnie Rumunia). Był synem pułkownika Zygmunta Franciszka i Marianny z d. Tertoelitz. Prawdopodobnie prawdziwe węgierskie nazwisko to Horanyi. Taką hipotezę przedstawil dr Arpad Zsigmondy z Uniwersytetu w Budapeszcie. Według Niego Horain to niemiecki zapis fonetyczny węgierskiego nazwiska Haranyi (wym: Horaańi).

Wiemy więc już, kiedy, a przede wszystkim gdzie urodził się nasz bohater. Trop zawiódł nas do dzisiejszej Rumunii. Wieś Buzad czyli, jak zapisywano jej nazwę po węgiersku – Buzád – znajduje się około pięćdziesięciu kilometrów od miasta Arad. Mniej więcej taka sama odległość dzieli ją od Timișoary. Administracyjnie to do tego drugiego miasta jest jej bliżej, gdyż formalnie należy do okręgu Timiș, którego Timișoara jest stolicą. Obecność Węgrów w tym rejonie nie dziwi, ziemie te przez stulecia związane były z państwowością węgierską , więc miejsce pochodzenia doktora nie musi być poddawane w wątpliwość. Chciałabym się jednak na chwilę zatrzymać przy jego nazwisku. Zarówno Arad jak i Timișoara od wieków zamieszkałe są przez społeczność wieloetniczną. Poza Węgrami i Rumunami ważną mniejszością są rumuńscy Szwabi. Oba miasta i okolice zamieszkiwali także Żydzi. 

Nazwisko Chorin nie jest w węgierskiej historiografii nazwiskiem nieznanym. Wręcz przeciwnie. W bardzo popularnej wśród polskich czytelników książce Paula Lendvayiego czytamy:

Gdy urodzony na Morawach młody rabin Aron Chorin po ukończeniu nauki w jesziwie (szkole talmudycznej) w Mattersburgu osiedlił się w 1789 roku w mieście Arad w Siedmiogrodzie, zapewne nawet przez moment nie marzył o tym, że już jego wnuk Ferenc, który w momencie jego śmierci miał dwa lata, stanie się kluczową postacią węgierskiego kapitalizmu. Urodzony w 1842 roku w Aradzie Ferenc studiował nauki prawnicze w Budapeszcie i za granicą, następnie został adwokatem i założycielem gazety codziennej „Alföld” (Nizina), krytykującej politykę Habsburgów. Mając w 1867 roku niespełna 25 lat, Chorin znalazł się w parlamencie jako przedstawiciel „lewego centrum”. Był żarliwym węgierskim patriotą […]”.   

Z kolei prawnuk Arona był bardzo wpływową postacią, blisko związaną z regentem Miklósem Horthym. Dwóch Ferenców Chorinów, czyli dwóch Franciszków. Zbieżność nazwisk może być przypadkowa, ale równie prawdopodobnym jest, że przypadkowa nie jest. Obecność doczesnych szczątków doktora Chorina na katolickim cmentarzu nie jest argumentem przeczącym powyższej teorii. Konwersji dokonywano często. Wnuk Arona dokonał jej w wieku 60 lat – akt chrztu był kolejnym etapem awansu społecznego. A samo nazwisko pozostałoby wówczas w niezmienionej formie.

Nazwisko Harányi oczywiście również może być brane pod uwagę, brzmieniowo istotnie zbliżone do Chorina. Natomiast domniemana niemiecka wersja – Horain paradoksalnie wiedzie nas w zupełnie innym kierunku, aż na Litwę. Mnie bardzo kusząca wydaje się hipoteza, że Franciszek Chorin nazwiska zmieniać nie musiał, spolszczył tylko brzmienie swego imienia. Nie podejmuję się ostatecznie rozstrzygnąć kwestii pochodzenia i brzmienia nazwiska węgrowskiego doktora. Sygnalizuję tylko pewne wątpliwości czy tropy interpretacyjne, ostatnie słowo pozostawiając specjalistom zajmującym się etymologią nazwisk.  

W notce biograficznej nie znajdujemy informacji o wcześniejszej edukacji Chorina. Być może uczęszczał do szkoły w Aradzie lub Timișoarze, którą Węgrzy nazywają Temesvár. Miasto nad Begą warto odwiedzić dla jego wspaniałych placów, szczególnie plac Zjednoczenia otoczony wspaniałymi pałacami i okazałymi, kolorowymi kamienicami. Na uwagę zasługuje też budynek może mniej spektakularny, usytuowany nieco z boku – zamek czy raczej pałac Hunyadyiego.  Timișoara jest też doskonałym przykładem paradoksu historii. W tym mieście rozpoczęła się w grudniu 1989 roku rumuńska rewolucja, a jej bezpośrednią przyczyną był sprzeciw wobec próby przeniesienia na prowincję węgierskiego pastora László Tőkésa. 

Drugie miasto, które mogło być miejscem pobierania nauk przez młodego Ferenca jest Arad. Również od wieków związane z Węgrami, do dziś zamieszkane przez liczną węgierską społeczność. Miasto samym Węgrom może przywodzić na myśl ponure skojarzenie – z Męczennikami z Aradu. Miasto posiada liczne zabytki, w tym okazały ratusz. Wiele kamienic wymaga jednak sporych nakładów, by odzyskać dawny blask. Niemniej warto Arad odwiedzić choćby raz.   

Wracamy do naszego Ferenca. Doktor udał się na studia do Berlina. Tam zetknął się z wieloma  Polakami i być może pod wpływem któregoś z nich przybył do Królestwa Polskiego. Nastąpiło to ok. roku 1830.  Wiele mówi się o udziale Polaków w węgierskiej Wiośnie Ludów, co nie dziwi, ale mam wrażenie, że znacznie mniej wiadomo o węgierskich uczestnikach powstania listopadowego. Tymczasem oba zrywy warto omawiać wspólnie. W historii nic nie dzieje się w próżni i tak dwa powstania, które miały miejsce na przestrzeni niecałych dwóch dekad łączy więcej niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Chociażby ich uczestnicy. Jednym z nich był właśnie  doktor Chorin. W powstaniu brał udział jako sztablekarz i został za swoją służbę odznaczony, co zostało odnotowane w wydawnictwie źródłowym. Franciszek Chorin powstanie przeżył, pozostał w Węgrowie, gdzie zmarł w 1880 roku. 

Węgrów to doskonałe miejsce na krótki wypad weekendowy. Od Warszawy to zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. Timișoara i Arad, same godne uwagi, są jednocześnie bramą do Rumunii, którą można zwiedzać nie tylko tropem Polaków i Węgrów, a tropów takich tu nie brakuje. 

Przeczucie mówi mi, że Franciszek Chorin to nie jedyny łącznik pomiędzy Węgrowem a Węgrami. Zamierzam związków szukać dalej i jestem pewna, że wcześniej czy później znajdę. Wszak nie można wykluczyć, że z gościny w tutejszym Domu Gdańskim korzystali kupcy handlujący węgrzynem. Wysoce prawdopodobnym jest też, że do miasta, które było prężnym ośrodkiem protestantyzmu, przybywali węgierscy innowiercy. A i o samym doktorze może uda się dowiedzieć czegoś więcej, chociażby od jego potomków. A kto wie, co przyniosą kolejne wyjazdy na dawne ziemie węgierskie w granicach dzisiejszej Rumunii. Trzeba mieć tylko oczy szeroko otwarte i gotowość na nowe odkrycia. 

*

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu Katedry Hungarystyki Uniwersytetu Warszawskiego Magyazyn.pl.

Publikacja na portalu PolakWegier.pl za zgodą autorki.

Zdjęcie główne: Marcin Białek – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=21522569

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Olga Groszek

Olga Groszek